Jacek Komuda – Czarna bandera

Czarna bandera

Gdy Jacek Komuda na łamach Nowej Fantastyki publikował swój homofobiczny wysryw stwierdziłem, że nie będę o nim pisał. Wszystko na temat twórczości autora zostało powiedziane i nie ma sensu dokładać do tego kolejnych banałów. Jakimś cudem znalazłem jednak mojego starego bloga z recenzjami fantastyki, na którym oceniałem Czarną banderę. Tekst, który powstał niemal 10 lat temu, dobrze pokazuje, jak można być oczytanym, a jednak zupełnie bezkrytycznym konsumentem książek. Czarna bandera to zbiór pirackich opowiadań, które dziś odbieram zupełnie inaczej niż w czasach liceum/początku studiów. Dla zainteresowanych na końcu tekstu zamieszczam wygrzebaną sprzed lat recenzję*.

Męski świat wilków morskich

Książka zawiera opowiadania o piratach z różnych okresów rozwoju tej branży. Sześćset cetnarów piekła opisuje powszechny w minionych wiekach strach przed zaraźliwymi chorobami. Oprawca to dość prosta historia statku-widmo, która jednak posiada bardzo przyjemny twist na koniec. Zdecydowanie najciekawsze w tym zbiorze Ark Raleigh przedstawia historię zatopionego statku z perspektywy krewnego jego konstruktora. W Czarnym hebanie Komuda w charakterystyczny dla siebie sposób próbuje zmierzyć się z tematem niewolnictwa. Nieco lepiej wypada Lodowy Szkwał, podobnie jak wiele innych tekstów korzystający z wątków mitologii indiańskiej. Na szlaku chwały, krwi i złota byłoby natomiast najlepszym opowiadaniem w zbiorze, gdyby nie zupełnie zbędna i rozwleczona scena homoseksualnego, analnego gwałtu.

Czytaj również: Mateusz R. M. Rogalski – Obrońcy Ahury. Pasowanie

Jestem wielkim fanem tematyki pirackiej, zwłaszcza w jej fantastycznym wydaniu. Dlatego potrafię docenić to, że Jacek Komuda dość dobrze oddaje realia tamtego okresu. Nie jest to zresztą zaskoczeniem, skoro opowiadania dzieją się na moje oko w okresie XVII – XVIII wiek. Autor korzysta więc z doświadczenia ze swojej „szlacheckiej” twórczości. Niestety, Komuda poszedł trochę na łatwiznę i 5 z 6 opowiadań zbudował na niemal identycznym schemacie. Dostajemy pirata, który chce się wzbogacić. Przeszkadza mu w pewnym momencie jakaś nadprzyrodzona moc. Nasz heros usiłuje więc wymyślić, jak się jej przeciwstawić. Sprawdźcie sami, dokładnie tak jest zbudowanych pierwsze pięć opowiadań. Zmienia się tylko scenografia.

Czarna bandera ma dużo do powiedzenia w temacie męskiego członka

Po przeczytaniu pierwszych siedmiu stron musiałem zaczynać jeszcze raz, ponieważ myślałem, że coś sobie wymyśliłem. Już na samym początku autor serwuje nam bowiem kilka tekstów o kurwach i jeszcze więcej o kutasach. Ten absolutnie wymuszony, wulgarny język, w założeniu miał pewnie budować immersję w umyśle czytelnika. Jest jednak istotną składową napuszonego, czasami wręcz pompatycznego stylu, jakiego dziś w książkach nie trawię. Choć ramy wymyślonych przez Komudę historii są dla miłośnika piractwa interesujące, bohaterowie zlewają się w jednego brudnego, egoistycznego dupka, który myśli niemal wyłącznie o ruchaniu i rabowaniu. No i o piciu.

Czytaj również: Robert M. Wegner – Opowieści z meekhańskiego pogranicza – Północ – Południe

Skoro już zdecydowałem się przeczytać Czarną banderę ponownie, muszę zwrócić uwagę na trudną do zrozumienia homofobię u prawicowej części polskich fantastów. Z konsekwencją godną lepszej sprawy także i Komuda wprowadza do swojej książki postać wyuzdanego, myślącego wciąż o seksie homoseksualisty, który oczywiście jest jednocześnie zniewieściały i okrutny. A, no i gustuje w młodych chłopach, czym autor powiela paskudny stereotyp geja-pedofila. W mojej ocenie tego wątku twórczości pisarza utwierdza mnie wspomniana już scena zupełnie zbędnego dla fabuły, obrzydliwego gwałtu. A jako deser Komuda serwuje nam mokrą fantazję prawicowców na temat abolicjonistów, którzy są przeciwnikami niewolnictwa tylko dlatego, że zbyt słabo znają przywary czarnego ludu.

Jeśli przymkniesz oko, Czarna bandera to średniej jakości opowiadania

Czarna bandera pokazuje, że można odtwarzać na potrzeby fantastyki realia historyczne, ale trzeba to jeszcze robić z głową. Czytając o rewolucji przemysłowej niekoniecznie potrzebuję rozbudowanych opisów brudu, w jakim żyli robotnicy. Przy opowieściach pirackich natomiast nie muszę non stop dostawać w twarz kolejnym „chędożeniem” albo homofobicznym ściekiem. Jak na Komudę, zaprezentowane w zbiorze opowiadania, choć schematyczne, napisane są jednak dość sprawnie. Gdyby nie wszechobecne wciskanie przez autora swojej prawicowej ideologii (stosunek do innych ras, kobiet i gejów), byłaby to całkiem przyjemna lektura.

Moja ocena

Rating: 2 out of 5.

Relatywnie wysoka ocena za tematykę, którą jaram się od prawie 20 lat.

Informacje o książce

Tytuł: Czarna bandera

Autorka: Jacek Komuda

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2008

* Trudno było mi po latach przeczytać poniższą recenzję. Ma niemal wszystkie elementy, których dziś w tego typu tekstach nie znoszę. W stosunku do swojej treści jest zbyt długa i cały czas przynudza. Napchana za to została efektownymi tekstami, które miały chyba być oznaką mojej erudycji, ale tak naprawdę nie mają w sobie żadnej treści. Dużo miejsca poświęcam autorowi – w przeciwieństwie do samych opowiadań. Gdybym nie przeczytał książki drugi raz, po lekturze poniższej recenzji prawie nic bym o niej nie wiedział. Krótko mówiąc, ten tekst jest w zasadzie o mnie i mojej potrzebie uznania, a nie o książce, której ma być recenzją.

Nie piszcie w taki sposób.

Poniżej oryginalny tekst z pierwszej połowy 2013 roku, bez żadnych poprawek:

Kordelasy i bandolety w dłoń, bracia! Kotwica zarzucona, dziewka wychędożona, przygotować się do abordażu psie syny! Przed nami krew, złoto i kobiety, za plecami tylko gubernatorski stryczek. Naprzód, na spotkanie z Jackiem nad Jackami.

O książce

„Czarna Bandera”, bo tak nazywa się recenzowany zbiór opowiadań Jacka Komudy, pokazuje, że piewca polski szlacheckiej świetnie czuje się nie tylko w opowieściach o wąsatych szubrawcach i banitach zamieszkujących polskie województwa dwa wieki temu. Z równym kunsztem i fantazją kreśli nam obraz, no tak… wąsatych szubrawców i banitów zamieszkujących pirackie krypy dryfujące po wodach Morza Karaibskiego.

Bukanierzy od niepamiętnych czasów istnieli w zbiorowej świadomości czytelników choć, nie ma co ukrywać, traktowano ich nieco po macoszemu (bukanierów, nie czytelników). Książek relatywnie niewiele, filmów i gier tak samo. Dopiero całkiem nieźli, ale mocno podkoloryzowani (nie mam tutaj na myśli elementów fantastycznych) Piraci z Karaibów ponownie urżnęli spory kawał globalnej popularności dla swoich kolegów po fachu. Tym większa była moja radość, gdy do swej biblioteki mogłem dodać kawał świetnej, awanturniczej literatury.

Pierwsze, co przyszło mi na myśl w trakcie czytania, to fakt, że kultura życia karaibskich korsarzy nie różniła się jakoś specjalnie od stylu nabuzowanych szlachetków z XVIII wieku. To samo podejście do moralności i cnoty, te same prymitywne (ale za to jak cudowne!) przyjemności. To samo zamiłowanie do bitki i złota, identyczna wręcz chęć rozsławienia swego miana pośród panów braci. Jeżeli chodzi o budowanie buntowniczego klimatu Komuda nie wysilił się za bardzo – zmienił nazwy miejscowości, imiona i nazwiska, dodał trochę specjalistycznego słownictwa. Czy to źle? Zależy, czy lubiliście dotychczasowy styl autora. Jeżeli tak – śmiało możecie sięgać do sakwy po trochę złota, bo księga warta jest każdego wydanego dukata.

Wszystko, co powinna zawierać historia marinistyczna

„Czarna Bandera”, zapewne od tego powinienem zacząć, to zbiór sześciu pirackich opowiadań rozgrywających się na wodach Karaibów w XVII i XVIII wieku. Bez zbędnego lania, nomen omen, wody, Komuda przechodzi do rzeczy racząc nas dynamicznymi pojedynkami, bitwami morskimi i solidnym chędożeniem w okolicznym zamtuzie. Mimo dość oklepanych momentami schematów otrzymujemy historie generalnie świeże, lekko tylko trącące spleśniałymi glonami spod pokładu. Bohaterowie są prawdziwi, nikt nigdy nie nazwałby ich świętoszkami. Przemytnicy, handlarze niewolników, szubrawcy gotowi oddać diabłu duszę za mieszek wypchany złotem – słowem coś, do czego już przywykliśmy czytając opowieści polski szlacheckiej.

Na odrębną uwagę zasługują wątki fantastyczne, które stanowią trzon każdego opowiadania. O ile we wcześniejszych książkach strasznie brakowało mi wyrazistości tego co nadnaturalne, o tyle w „Czarnej Banderze” wszystko zrobione jest z takim zmysłem i gracją, że zbyt łatwo uwierzyć można w istnienie indiańskiego bożka lub Szczurzego Szypra. Podobał się wam kompromisowy mistycyzm filmu Verbinskiego? „Czarną Banderą” będziecie zachwyceni.

Zróbmy teraz zadość dziennikarskiemu zwyczajowi. Książka Komudy posiada tylko jedną bardzo słabą stronę – „Na szlaku chwały, krwi i złota”. Ostatnie opowiadanie tomu wypadło najgorzej, bo i to klimat inny i fabuła strasznie odtwórcza. Resztę tekstów z czystym sumieniem mogę polecić, zwłaszcza zaskakującego „Oprawcę”, mroczne „Sześćset cetnarów piekła” i całkowicie nieneutralny światopoglądowo „Czarny heban”.

Podsumowanie

Jak wspominałem mało uwagi poświęca się piratom, a niesłusznie. Czytając „Czarną Banderę” niemal czułem morski wiatr nadchodzący od Port Royal i ledwo co powstrzymywałem się przed sięgnięciem po beczkowany rum znajdujący się w ładowni. Kawał solidnej, mało wymagającej intelektualnie awanturniczej literatury.

Jacek Komuda zgrabnie tańczy na granicy oddzielającej fantastykę i powieść historyczną, większość kroków stawiając jednak po tej drugiej stronie. Przynależność gatunkowa jego książek wynika z przynależności wydawniczej, a logika i fabuła w większości z nich śmiało broni się po wykastrowaniu z elementów nadnaturalnych.

One thought on “Jacek Komuda – Czarna bandera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.